Blog kleopatra3523

Powrót  | Drukuj  | Powiększ  | Zmniejsz  | Komentarze  | RSS 

Takie tam różnice między kościołem ewangelickim a rzymsko-katolickim

Dodał(a):
kleopatra3523
Data:
2013-09-19 13:18 
Ocena:
Ocena: 3.67, Głosów: 3 Oceny rosnągłosów: 3 
Hej misiaczki co tam u was słychać u mnie nudno poszłam spać o 4 nad ranem.
Buszując w sieci natknełam się na pewien artykuł,który mówi o różnicach między kościołem ewangelickim,a rzymsko - katolickim.

Biskup musi zezwolić na zawarcie związku małżeńskiego przez pastora. Kandydatka musi być wyznania ewangelickiego. Jeśli jest inaczej, to przyszła żona musi zmienić wyznanie - mówi ks. Marcin Kotas, nowy proboszcz poznańskiej parafii luterańskiej.
Tomasz Cylka: Został ksiądz proboszczem poznańskiej parafii luterańskiej w wyniku demokratycznych wyborów. Zdobył ksiądz największą liczbę głosów, pokonując czterech kontrkandydatów. Wieszał ksiądz plakaty, wysyłał kampanijne SMS-y i dzięki temu okazał się najskuteczniejszy?

Ks. Marcin Kotas, proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej w Poznaniu: Nic z tego (śmieje się). Ale rzeczywiście, wybór proboszcza parafii ewangelicko-augsburskiej wygląda zupełnie inaczej niż w Kościele rzymskokatolickim, gdzie biskup proboszcza po prostu mianuje i wierni muszą ten fakt zaakceptować. U nas wyboru dokonują sami parafianie. Kiedy w jakiejś parafii jest wolne miejsce na proboszczowskim stanowisku, rada parafialna wnioskuje do władz zwierzchnich o ogłoszenie tzw. wakansu. Konsystorz naszego Kościoła rozsyła informację do wszystkich parafii w Polsce i od tego momentu mogą się zgłaszać wszyscy chętni - czyli duchowni posiadający stosowne uprawnienia, którzy chcieliby objąć funkcję proboszcza w danym mieście. Każdy kandydat do formalnego pisma dołącza swoje CV, a także list motywacyjny z opisem przebiegu służby.

Wysyła to wszystko do biskupa, który robi wstępną selekcję?

- Nie, wszystkie dokumenty wysyłane są do rady parafialnej i do wiadomości rady diecezjalnej oraz konsystorza. Rada przekazuje władzom Kościoła stosowną informację. Konsystorz Kościoła zleca powołanej komisji wizytację parafii kandydata. Jeśli nie ma żadnych zastrzeżeń, kandydatura oficjalnie zostaje zarejestrowana. I dopiero teraz rada parafialna zaprasza poszczególnych kandydatów na tzw. nabożeństwa prezentacyjne. Wtedy rozpoczyna się właściwa "przygoda".

Jak wygląda taka prezentacja?

- W Poznaniu pięciu kandydatów prezentowało się w kolejne niedziele. Najpierw każdy prowadzi nabożeństwo, a potem spotyka się ze wszystkimi parafianami, którzy mogą zadać dowolne pytanie, np. o motywację, wizję parafii czy pogląd na temat ordynacji kobiet. To właśnie o to pytano mnie w Poznaniu.

Ordynacji? Rozumiem, że chodzi o święcenia kapłańskie kobiet. I co ksiądz o tym myśli?

- W naszym Kościele na razie nie ma decyzji o ordynacji kobiet. Rozpoczęto dyskusję, ale Synod formalnie wstrzymał ewentualne zmiany. Co ja o tym myślę? Na mocy ksiąg wyznaniowych naszego Kościoła nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby kobieta była duchownym i pełniła posługę pastora. Osobiście jestem za tym, by kobiety mogły przyjmować święcenia.

Kiedy wszyscy się już zaprezentują, rozpoczynają się wybory?

- Tak, wyboru dokonuje zgromadzenie parafialne, a więc wszyscy wierni, którzy mają prawo głosu. W Poznaniu odbyły się dwie tury głosowania i wtedy dane mi było wygrać. Ten wybór bardzo mnie zaskoczył. Byłem najmłodszym z kandydatów, z najmniejszym doświadczeniem, przychodziłem z Warszawy, spoza diecezji, więc byłem osobą najmniej znaną. Naprawdę nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, co jednak nie oznacza, że w trakcie procesu wyborczego chciałem się wycofać, bo uznałem, że nie mam szans. Zależało mi, by zaprezentować się jak najlepiej, przedstawić parafianom swoją propozycję.

Ale co skłoniło księdza do tego, żeby spróbować swoich sił w Poznaniu? Przecież pracował ksiądz w bardziej prestiżowym miejscu, w Warszawie.

- Od trzech lat pełniłem w stolicy służbę proboszcza administratora. Objąłem tę funkcję po tragicznej śmierci pod Smoleńskiem proboszcza parafii pw. Wniebowstąpienia Pańskiego. Byłem niejako mianowany przez biskupa. A to oznacza, że praktycznie w każdym momencie mógłbym zostać przeniesiony w inne miejsce. Stąd zacząłem szukać takiej parafii, gdzie mógłbym doświadczyć pewnej stabilizacji. Poznań otwierał takie możliwości. Poza tym znałem to miejsce z czasów studenckich, potem wikariuszowskich. Imponowało mi wybudowane tutaj centrum parafialne. To jest miejsce z dużym potencjałem. Lubię pracować z ludźmi z dużych miast, które dają pewną anonimowość. W naszym przypadku sprzyja to kontaktom z wiernymi i indywidualnym rozmowom.

To zaskakująca opinia, bo proboszczowie katoliccy narzekają, że największym wrogiem w dużym mieście jest właśnie parafialna anonimowość. A pastorowi to sprzyja?

- Trzeba zwrócić uwagę na ewangelicki kontekst parafii mniejszościowej. W dużym mieście osobom poszukującym jakiejś alternatywy czy zmagającym się z jakimiś dylematami wiary łatwiej jest przyjść do Kościoła ewangelickiego, bo to nie zostanie od razu zauważone, np. przez sąsiadów. Dzięki temu na każdym niedzielnym nabożeństwie mamy kilka osób z zewnątrz, które bez obaw, że zostaną przez kogoś wytknięte, mogą z nami się spotkać i pomodlić. Kilka dni temu otrzymałem mailem pytanie od osoby przedstawiającej się jako należąca do wyznania rzymskokatolickiego, czy może bez problemu uczestniczyć w naszym nabożeństwie, bo nie chciałaby wzbudzić swoją obecnością jakiegoś zamieszania. Tego typu pytań jest całkiem sporo, więc w naszym przypadku anonimowość nie jest akurat problemem.

Pochodzi ksiądz ze Śląska Cieszyńskiego. To w Polsce centrum protestanckiego życia kościelnego. Urodził się ksiądz w rodzinie ewangelickiej, czy też dokonał konwersji?

- Urodziłem się w rodzinie luterańskiej. Od dziecka angażowałem się w życie parafialne i w którymś momencie pojawiła się myśl, czy nie wybrać życia duchownego. W moim przypadku samo powołanie nie było jakimś nagłym objawieniem. Z każdym rokiem do tego dojrzewałem. Decyzję podjąłem dopiero w klasie maturalnej. Jednak w naszym Kościele podjęcie studiów teologicznych nie wiąże się od razu ze święceniami, tak więc czasu na zastanowienie jeszcze trochę miałem. Mniej więcej w połowie studiów wiedziałem już, z czym wiąże się służba duchownego. Odbyłem stosowne praktyki parafialne, diakonijne i obozowe. I tak powoli dochodziłem do wniosku, że bycie duchownym jest tym, co chciałbym w życiu robić. Choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że praca w Kościele nie jest wcale różowa, przyjemna i cudowna. Jest wiele trudnych momentów, czasem dotkliwych i bolesnych. Ale mimo to ta praca przynosi mi wiele satysfakcji.

Czyli przygotowanie do święceń wygląda zupełnie inaczej niż w Kościele katolickim, gdzie klerycy są zamykani na sześć lat w seminarium?

- Po studiach teologicznych, jeśli ktoś decyduje się na życie duchowne, kierowany jest na tak zwane praktyki kościelne. W konkretnej parafii absolwent i kandydat na pastora prowadzi nabożeństwa, uczy w szkole, angażuje się w życie wspólnoty. Po roku zostaje przeniesiony do kolejnej parafii. Ja praktykowałem w Grudziądzu i Skoczowie. W obu miejscach proboszczowie wystawiają opinie i jeśli są pozytywne, kandydat przystępuje do egzaminu, który sprawdza m.in. wiedzę teologiczną, duszpasterską, katechetyczną. Jeśli wynik jest pozytywny, to do święceń droga otwarta.

Po święceniach gdzie ksiądz pracował?

- Najpierw 2,5 roku w Skoczowie, a potem zostałem skierowany do Warszawy na stanowisko asystenta biskupa. Ta praca wygląda zupełnie inaczej niż służba w parafii. Ale przyznam szczerze, że brakowało mi kontaktu z ludźmi. Po katastrofie smoleńskiej zostałem administratorem warszawskiej parafii. Miał to być stan tymczasowy, ale trwało to aż trzy lata. Od kwietnia jestem w Poznaniu.


Jak wygląda taka prezentacja?

- W Poznaniu pięciu kandydatów prezentowało się w kolejne niedziele. Najpierw każdy prowadzi nabożeństwo, a potem spotyka się ze wszystkimi parafianami, którzy mogą zadać dowolne pytanie, np. o motywację, wizję parafii czy pogląd na temat ordynacji kobiet. To właśnie o to pytano mnie w Poznaniu.

Ordynacji? Rozumiem, że chodzi o święcenia kapłańskie kobiet. I co ksiądz o tym myśli?

- W naszym Kościele na razie nie ma decyzji o ordynacji kobiet. Rozpoczęto dyskusję, ale Synod formalnie wstrzymał ewentualne zmiany. Co ja o tym myślę? Na mocy ksiąg wyznaniowych naszego Kościoła nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby kobieta była duchownym i pełniła posługę pastora. Osobiście jestem za tym, by kobiety mogły przyjmować święcenia.

Kiedy wszyscy się już zaprezentują, rozpoczynają się wybory?

- Tak, wyboru dokonuje zgromadzenie parafialne, a więc wszyscy wierni, którzy mają prawo głosu. W Poznaniu odbyły się dwie tury głosowania i wtedy dane mi było wygrać. Ten wybór bardzo mnie zaskoczył. Byłem najmłodszym z kandydatów, z najmniejszym doświadczeniem, przychodziłem z Warszawy, spoza diecezji, więc byłem osobą najmniej znaną. Naprawdę nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, co jednak nie oznacza, że w trakcie procesu wyborczego chciałem się wycofać, bo uznałem, że nie mam szans. Zależało mi, by zaprezentować się jak najlepiej, przedstawić parafianom swoją propozycję.

Ale co skłoniło księdza do tego, żeby spróbować swoich sił w Poznaniu? Przecież pracował ksiądz w bardziej prestiżowym miejscu, w Warszawie.

- Od trzech lat pełniłem w stolicy służbę proboszcza administratora. Objąłem tę funkcję po tragicznej śmierci pod Smoleńskiem proboszcza parafii pw. Wniebowstąpienia Pańskiego. Byłem niejako mianowany przez biskupa. A to oznacza, że praktycznie w każdym momencie mógłbym zostać przeniesiony w inne miejsce. Stąd zacząłem szukać takiej parafii, gdzie mógłbym doświadczyć pewnej stabilizacji. Poznań otwierał takie możliwości. Poza tym znałem to miejsce z czasów studenckich, potem wikariuszowskich. Imponowało mi wybudowane tutaj centrum parafialne. To jest miejsce z dużym potencjałem. Lubię pracować z ludźmi z dużych miast, które dają pewną anonimowość. W naszym przypadku sprzyja to kontaktom z wiernymi i indywidualnym rozmowom.

To zaskakująca opinia, bo proboszczowie katoliccy narzekają, że największym wrogiem w dużym mieście jest właśnie parafialna anonimowość. A pastorowi to sprzyja?

- Trzeba zwrócić uwagę na ewangelicki kontekst parafii mniejszościowej. W dużym mieście osobom poszukującym jakiejś alternatywy czy zmagającym się z jakimiś dylematami wiary łatwiej jest przyjść do Kościoła ewangelickiego, bo to nie zostanie od razu zauważone, np. przez sąsiadów. Dzięki temu na każdym niedzielnym nabożeństwie mamy kilka osób z zewnątrz, które bez obaw, że zostaną przez kogoś wytknięte, mogą z nami się spotkać i pomodlić. Kilka dni temu otrzymałem mailem pytanie od osoby przedstawiającej się jako należąca do wyznania rzymskokatolickiego, czy może bez problemu uczestniczyć w naszym nabożeństwie, bo nie chciałaby wzbudzić swoją obecnością jakiegoś zamieszania. Tego typu pytań jest całkiem sporo, więc w naszym przypadku anonimowość nie jest akurat problemem.

Pochodzi ksiądz ze Śląska Cieszyńskiego. To w Polsce centrum protestanckiego życia kościelnego. Urodził się ksiądz w rodzinie ewangelickiej, czy też dokonał konwersji?

- Urodziłem się w rodzinie luterańskiej. Od dziecka angażowałem się w życie parafialne i w którymś momencie pojawiła się myśl, czy nie wybrać życia duchownego. W moim przypadku samo powołanie nie było jakimś nagłym objawieniem. Z każdym rokiem do tego dojrzewałem. Decyzję podjąłem dopiero w klasie maturalnej. Jednak w naszym Kościele podjęcie studiów teologicznych nie wiąże się od razu ze święceniami, tak więc czasu na zastanowienie jeszcze trochę miałem. Mniej więcej w połowie studiów wiedziałem już, z czym wiąże się służba duchownego. Odbyłem stosowne praktyki parafialne, diakonijne i obozowe. I tak powoli dochodziłem do wniosku, że bycie duchownym jest tym, co chciałbym w życiu robić. Choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że praca w Kościele nie jest wcale różowa, przyjemna i cudowna. Jest wiele trudnych momentów, czasem dotkliwych i bolesnych. Ale mimo to ta praca przynosi mi wiele satysfakcji.

Czyli przygotowanie do święceń wygląda zupełnie inaczej niż w Kościele katolickim, gdzie klerycy są zamykani na sześć lat w seminarium?

- Po studiach teologicznych, jeśli ktoś decyduje się na życie duchowne, kierowany jest na tak zwane praktyki kościelne. W konkretnej parafii absolwent i kandydat na pastora prowadzi nabożeństwa, uczy w szkole, angażuje się w życie wspólnoty. Po roku zostaje przeniesiony do kolejnej parafii. Ja praktykowałem w Grudziądzu i Skoczowie. W obu miejscach proboszczowie wystawiają opinie i jeśli są pozytywne, kandydat przystępuje do egzaminu, który sprawdza m.in. wiedzę teologiczną, duszpasterską, katechetyczną. Jeśli wynik jest pozytywny, to do święceń droga otwarta.

Po święceniach gdzie ksiądz pracował?

- Najpierw 2,5 roku w Skoczowie, a potem zostałem skierowany do Warszawy na stanowisko asystenta biskupa. Ta praca wygląda zupełnie inaczej niż służba w parafii. Ale przyznam szczerze, że brakowało mi kontaktu z ludźmi. Po katastrofie smoleńskiej zostałem administratorem warszawskiej parafii. Miał to być stan tymczasowy, ale trwało to aż trzy lata. Od kwietnia jestem w Poznaniu.

Nie myśli ksiądz, że protestantom łatwiej jest podjąć decyzję o kapłaństwie niż katolikom, bo nie obowiązuje celibat?

- Nie mam porównania... (śmiech). Ale rzeczywiście chyba tak jest. Służba zawsze wiąże się z poświęceniem. W naszym przypadku jest ono odrobinę mniejsze. Choć z drugiej strony - zależy jak na to spojrzeć - życie w małżeństwie też wymaga sporo poświęceń...

Ksiądz poznał swoją żonę już po święceniach czy jeszcze na studiach?

- Jeszcze wcześniej - w szkole średniej, i już w zasadzie byliśmy parą. Kiedy ja rozpocząłem studia teologiczne w Warszawie, Ania uczyła się w cieszyńskiej filii Uniwersytetu Śląskiego. Po moich praktykach pobraliśmy się.

Żona musiała wyrazić zgodę na święcenia kapłańskie?

- Wymagana jest inna zgoda: to biskup musi zezwolić na zawarcie związku małżeńskiego, co następuje po wspólnym spotkaniu i rozmowie. Jest jeden podstawowy wymóg: kandydatka na pastorową musi być wyznania ewangelickiego. Jeśli jest inaczej, co się zdarza, to przyszła żona musi zmienić wyznanie. Ale jak pokazuje doświadczenie, kobiety zdają sobie z tego sprawę i przyjmują to do wiadomości. Później pastorowe również pełnią służbę w parafiach. Jak obserwuję żony naszych pastorów, to dla nich to też jest ciężki kawałek chleba. W moim przypadku było to na przykład poczucie destabilizacji. Żona musiała się liczyć z przeprowadzkami po całej Polsce.

Pastorowe mają w Kościele ewangelickim konkretne funkcje?

- Wszystko zależy od indywidualnego nastawienia, a także od oczekiwań parafian. Są miejsca, gdzie wiernym zależy na mocnym zaangażowaniu w życie wspólnoty poprzez prowadzenie szkółek niedzielnych czy zajęć z dziećmi. Ale są i takie przypadki, że parafianie uważają, że pastorowa powinna stać przede wszystkim u boku męża.

Poznaniacy chcieli mocnego zaangażowania pastorowej?

- Spodziewałem się takiego pytania podczas prezentacji, ale ostatecznie ono nie padło. Jednak z reguły wierni oczekują, że kandydat na proboszcza podczas spotkania przedstawi swoją rodzinę. Ania z dziećmi była wtedy ze mną. Parafianie mogli ich poznać. Na razie trudno mi jeszcze wysondować, jakiego wsparcia ze strony pastorowej będą oczekiwali Wielkopolanie. Ale tak jak w życiu, tak i w parafii nie powinno być żadnego przesytu. Źle by się stało, gdyby pastorowe odgrywały większą rolę niż duchowni.

Kiedy córka ks. Jana Ostryka z Kościoła ewangelicko-reformowanego była pytana o zawód ojca, odpowiadała czasami: "biskup", wprawiając w osłupienie np. lekarzy. Księdza synowie też czują dumę, że ojciec jest proboszczem?

- To jeszcze nie ten moment, bo starszy syn dopiero wkracza w wiek szkolny. Dla dwójki naszych chłopców jest na razie najważniejsze, żeby być przy rodzicach. Wszelkie trudne pytania dopiero przed nami, bo przecież rodziny pastorskie są mocno obciążone społecznie. Na Śląsku Cieszyńskim dzieci pastora nie budzą żadnej sensacji, ale na pozostałych terenach jest już inaczej. Zdarza się dokuczanie, wytykanie palcem. A kiedy już się społeczeństwo z tym faktem oswoi, to oczekiwania idą w drugą stronę. Skoro jesteś dzieckiem księdza, to powinieneś się odpowiednio zachowywać, reprezentować wysoki poziom intelektualny. To też dla dzieci może być dużym ciężarem. Mam nadzieję, że w Poznaniu i z tymi sprawami sobie poradzimy.

Jak dużą parafią przychodzi teraz księdzu kierować?

- Poznańska wspólnota luteran liczy około 250 wiernych. Mamy dwa skromne filiały we Wrześni i Gnieźnie, które liczą po około 10 osób. Żyjemy w dużym rozproszeniu, ale staramy się jakoś sobie radzić. Ale dzięki temu, że centrum parafii znajduje się w dużym mieście i widzimy zainteresowanie ewangelikami, to dzięki konwersjom zachowujemy liczebne status quo.

Ludzie decydują się na zmianę wyznania, bo są rozczarowani Kościołem katolickim?

- Są różne powody. Rzeczywiście, czasami zdarzają się osoby, które doznały jakiejś krzywdy w Kościele rzymskokatolickim. Są rozczarowane instytucją albo duchownymi, niekiedy doktryną. A niejednokrotnie są to osoby poszukujące, które stawiają konkretne pytania, chcą o wierze rozmawiać. Mam taką zasadę, żeby osoby, które decydują się na wstąpienie do naszego Kościoła, nie budowały swojej nowej wiary na rozczarowaniu inną wspólnotą. Na krzywdzie i bólu, niechęci i wrogości niczego nie stworzymy.

Jak długo trwa przygotowanie do konwersji?

- Standardowo około roku. Przybliżamy naszą doktrynę, zachęcamy do włączenia się w życie parafialne. Zależy nam, by taka osoba poznała, jak my przeżywamy Boże Narodzenie czy czas pasyjny, zwracamy uwagę na wszelkie różnice. Jeśli po tym czasie dana osoba podtrzymuje swoją wolę, to publicznie podczas nabożeństwa w obecności dwóch świadków następuje akt konwersji. Nowy członek naszego Kościoła podpisuje stosowny protokół i zostaje włączony do społeczności. Dzięki temu może już głosować i wybierać proboszcza.

Kwestią budzącą spore emocje są finanse Kościoła. Z czego utrzymuje się mała poznańska parafia? Macie stosunkowo nowy kościół i bogate zaplecze katechetyczne. Skąd pieniądze na to wszystko?

- Mój poprzednik, zmarły w ubiegłym roku temu ks. Tadeusz Raszyk, wspólnie z radą parafialną podjął niezwykły wysiłek odzyskania mienia ewangelickiego, które po wojnie zajął skarb państwa. I dzięki ich determinacji, na mocy porozumienia między państwem a naszym Kościołem z 1994 r., wiele nieruchomości udało się odzyskać. Ich sprzedaż pozwoliła na wybudowanie centrum duszpasterskiego przy ul. Obozowej. A dzięki jeszcze posiadanym nieruchomościom na terenie Poznania i województwa wielkopolskiego możemy ze spokojem funkcjonować. Ale zdaję sobie sprawę, że są to bardzo delikatne kwestie. Część kościołów poewangelickich została przejęta np. przez Kościół katolicki. A nie chodzi nam o to, by wspólnota katolicka opuszczała świątynię, w której żyje od kilkudziesięciu lat. Dlatego, mając na uwadze te napięcia i emocje, nie wszyscy duchowni wykazali się taką determinacją, by walczyć o odzyskanie mienie. I stąd wiele parafii np. na Mazurach ledwie wiąże koniec z końcem.

Parafianie ewangeliccy dają na tacę?

- We wszystkich naszych parafiach obowiązuje prawo, na mocy którego każdy parafianin jest zobowiązany odprowadzać roczną składkę w wysokości jednego procentu od dochodu. Oczywiście w kancelarii parafialnej nikt z nas zeznania podatkowego nie żąda, wszystko opiera się na ustnej deklaracji. Dla dużej parafii na Śląsku Cieszyńskim, liczącej 6 tys. wiernych, to jest spory dochód, ale w przypadku naszej małej wspólnoty są to kwoty dużo mniejsze. A są jeszcze biedniejsi. Dlatego wszystkie parafie odprowadzają składki do centrali Kościoła, która pomaga tym wspólnotom, które są w potrzebie.

Macie nową świątynię z bogatym zapleczem. Kościoła budować ksiądz nie musi. Jakie zadanie będzie zatem najważniejsze w najbliższych latach?

- Moim marzeniem jest utworzenie przy parafii przedszkola, a w dalszej perspektywie nawet żłobka, które dostępne byłyby nie tylko dla naszych wiernych, ale i dla wszystkich mieszkańców Poznania. To byłoby piękne nawiązanie do czasów reformacji, kiedy przy parafiach powstawały szkoły, w których uczyły się całe pokolenia. Chciałbym też bardziej zaangażować się w pomoc osobom starszym, rozszerzając tzw. działalność diakonijną. Daj Boże, by te plany udało się zrealizować.





Cały tekst: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36037,14484396,Nowy_proboszcz_ma_zone_i_dzieci__Biskup_sie_zgodzil.html#TRrelSST#ixzz2fKugCxlb


Komentarze

  • Dodał(a): 
    Dżej.  
    Status: 
    bravo
    Data: 
    2013-09-19 14:56 
    O kościołach to ja na pewno nie będę czytać tego tasiemca.

    Zgłoś komentarz
  • Dodał(a): 
    Kasiulina ;D  
    Status: 
    bravo
    Data: 
    2013-09-19 14:03 
    nie chce mi się czytać

    Zgłoś komentarz
  • Dodał(a): 
    MaryMonster  
    Status: 
    bravo
    Data: 
    2013-09-19 14:00 
    *nieco.

    Zgłoś komentarz
  • Dodał(a): 
    MaryMonster  
    Status: 
    bravo
    Data: 
    2013-09-19 13:59 
    Jeżeli chcesz aby ktokolwiek wziął się za czytanie, musiałabyś to skrócić co nie co..
    Zgłoś komentarz

 

Liczba komentarzy: 4

kleopatra3523 - ostatnie foty

Ocena: 3.00, Głosów: 3 Komentarzy: 0 Ocena: 3.86, Głosów: 7 Komentarzy: 0 Ocena: 3.64, Głosów: 28 Komentarzy: 3 Ocena: 2.84, Głosów: 32 Komentarzy: 7 Ocena: 3.50, Głosów: 20 Komentarzy: 0 Ocena: 3.75, Głosów: 32 Komentarzy: 4

Słuchaj radia RMF BRAVO 

Top Lista BRAVO

Ostatnio dodane

Kalendarz

< lipiec 2014 >
   Po Wt Śr Cz Pt So Nd
27 30 1 2 3 4 5 6
28 7 8 9 10 11 12 13
29 14 15 16 17 18 19 20
30 21 22 23 24 25 26 27
31 28 29 30 31 1 2 3
32 4 5 6 7 8 9 10

Szukaj

Wyszukiwanie


Blogi - Kategorie